Witam :) Nie wiem o czym mam pisać , ale same pisanie o niczym ma jakiś sens który wypełnia mojego bloga,można by było pisać o "NICZYM" bez końca ale czy to dobry pomysł i czy ktoś to czyta? Jest dużo rzeczy o których można pisać itp,ale chce żeby mój blog był w jakimś sensie inny taki żeby miło się pisało a nie o złych chwilach czy złych humorach napadach złości,współczuciach,może trzeba spojrzeć w innym kierunku:D. Nie wiem czy ktoś zerknie/zerka na moją stonkę bo sadzę że jest troszkę bez sensu ale nie mi osadzać.... :))) BUZIAKI
Tagi:
Bez sensu..... ?????
15.11.2011 o godz. 13:09
komentuj (0)
Amerykańska aktorka Gloria Stuart zmarła.Gwiazda znana szerokiej publiczności z roli staruszki w "Titanicu" odeszła we własnym domu w Los Angeles. Miała 100 lat.
Stuart urodziła się w 1910 roku. Aktorską karierę w przemyśle filmowym rozpoczęła w latach 30. Grała także na deskach teatrów. Za sprawą swojej nieprzeciętnej urody była w tym czasie niezwykle charakterystyczną i popularną gwiazdą Hollywood. Pasjonowała się malarstwem.

Za wascynowała mnie ta kobieta swą osobowością i potenciałem.Kinomani zapamiętali Stuart przede wszystkim dzięki postaci staruszki Rose w hitowym filmie reżysera Jamesa Camerona. Jako narratorka opowiedziała o zatonięciu luksusowego liniowca Titanica w 1912 roku. Ta rewelacyjna rola w wieku 87 lat przyniosła jej nominację do Oscara, za drugoplanową rolę kobiecą. Dzięki temu zapisała się w historii Amerykańskiej Akademii Filmowej, jako najstarsza aktorka walcząca o tę prestiżową nagrodę.

W 1999 roku Gloria wydała autobiografię zatytułowaną "I Just Kept Hoping". W 2000 roku otrzymała gwiazdę w Hollywoodzkiej Alei Sławy. Na swoim koncie ma ponad 60 zrealizowanych produkcji filmowych. Ostatni obraz w jakim zagrała, to "Kraina obfitości" z 2004 roku, w reżyserii Wima Wendersa.

Stuart urodziła się w 1910 roku. Aktorską karierę w przemyśle filmowym rozpoczęła w latach 30. Grała także na deskach teatrów. Za sprawą swojej nieprzeciętnej urody była w tym czasie niezwykle charakterystyczną i popularną gwiazdą Hollywood. Pasjonowała się malarstwem.
Za wascynowała mnie ta kobieta swą osobowością i potenciałem.Kinomani zapamiętali Stuart przede wszystkim dzięki postaci staruszki Rose w hitowym filmie reżysera Jamesa Camerona. Jako narratorka opowiedziała o zatonięciu luksusowego liniowca Titanica w 1912 roku. Ta rewelacyjna rola w wieku 87 lat przyniosła jej nominację do Oscara, za drugoplanową rolę kobiecą. Dzięki temu zapisała się w historii Amerykańskiej Akademii Filmowej, jako najstarsza aktorka walcząca o tę prestiżową nagrodę.
W 1999 roku Gloria wydała autobiografię zatytułowaną "I Just Kept Hoping". W 2000 roku otrzymała gwiazdę w Hollywoodzkiej Alei Sławy. Na swoim koncie ma ponad 60 zrealizowanych produkcji filmowych. Ostatni obraz w jakim zagrała, to "Kraina obfitości" z 2004 roku, w reżyserii Wima Wendersa.
pierdol się ! ;|
-Kochasz go? -Niee! -To czemu tak na niego patrzysz? -To tylko wspomnienia pierwszej pierdolonej miłości
wrednie.
usmiechne sie ładnie i powiem spierdalaj.
wrednie.
i widząc Cie z inną, najpierw zmierzę Twoją postać a potem z ironią uśmiechnę się to tej jakże głupiej dziewczyny idącej obok.
pierdol się ! ;|
- Czy Ty nadal Go kochasz ? - Z każdym dniem , coraz bardziej . - Zapomnisz . . . ? - O miłości swojego życia ?! Wątpie .
-Kochasz go? -Niee! -To czemu tak na niego patrzysz? -To tylko wspomnienia pierwszej pierdolonej miłości
wrednie.
usmiechne sie ładnie i powiem spierdalaj.
wrednie.
i widząc Cie z inną, najpierw zmierzę Twoją postać a potem z ironią uśmiechnę się to tej jakże głupiej dziewczyny idącej obok.
pierdol się ! ;|
- Czy Ty nadal Go kochasz ? - Z każdym dniem , coraz bardziej . - Zapomnisz . . . ? - O miłości swojego życia ?! Wątpie .
Tagi:
|
pierdol się !
wiem że to kolejny wpis dołującej się dziewczyny która niby doła ale sadzę że w jakiś sposób to pomaga na samo poczucie niektórych osób,wiem,wiem dla niektórych z was jest to prostu dziecinę że co 2 osoba przechodzi taką akcie ale pisząc to nie mogę to w pewnym sensie już znieść znam się z nim już 4 lata i zawsze coś musi się stać.........
Tagi:
łoł ups
Przystojny, szarmancki i tajemniczy – obiekt westchnień nastolatek i wrażliwych pań w każdym wieku. Któż to taki? Czyżby nowe wcielenie Jamesa Bonda? Nic bardziej mylnego. Mowa bowiem o Edwardzie Cullenie, bohaterze cyklu Zmierzch autorstwa Stephenie Meyer. Być może pod wieloma względami przypomina on Agenta 007, lecz panów dzieli zasadnicza różnica – Edward jest wampirem i nad martini („wstrząśnięte, nie mieszane”) przedkłada inne trunki..
Wampir Edward i jego romans z amerykańską nastolatką Bellą uwiódł wyobraźnię wielu ludzi. Dlaczego tak się stało?
Wizerunek wampira zaczął się wykształcać w połowie XIX – tego wieku. Niewątpliwie pierwszym literackim krwiopijcą był lord Ruthven, bohater noweli „Wampir” Johna Williama Polidoriego. Bohater dzieła był postacią mroczną, złowieszczą i skrytą pod ciemnym ubiorem. Atrybut ten, jak i czerń weszły na stałe do klasycznego wizerunku wampira. Krwiopijca, niezależnie od wersji wampirzego mitu, jest istotą złą. Pije krew, niosąc śmierć, jest wybrykiem natury („żyje” a jednocześnie jest martwy), przyprawia ludzi o lęk, a jednocześnie fascynuje.
W najsłynniejszych powieściach wampirycznych, takich jak Dracula Stokera, Carmilla Sheridana Le Fanu czy Wampir Polidoriego, krwiopijca to istota, która może żyć wiecznie, ale jednocześnie ma swoje słabości, dzięki którym można ją zniszczyć (światło słońca czy osikowy kołek to wyjątkowo skuteczne metody zwalczania wampira). Upiór może wabić ludzi dzięki swoim nieprzeciętnym mocom: hrabia Dracula potrafił zmieniać się w zwierzę, Carmilla rzucała urok ofiary, podobnie jak lord Ruthven.
Od XIX wieku do współczesności wampir zdążył ewoluować. W Kronikach Wampirów Anne Rice czy serialu Czysta Krew (2008, reż. J. Dahl) można zaobserwować postępującą idealizację upiora, jego wyglądu oraz charakteru. Ta idealizacja łączy się również z uczłowieczaniem wampira, który zaczyna przeżywać emocje, w tym winę, a co za tym idzie chęć odkupienia. Jednym zdaniem – upiór staje się człowiekiem.
Z pewnością Edward Cullen ma być tą szczytową formą wampira, albo, jak kto woli, wampirem idealnym. Bohater ma olśniewającą urodę, nienaganne maniery, i jak ognia unika krwi ludzkiej. Poza tym jest zakochany. Jego skóra lśni na słońcu jak diamenty ( mit o śmiercionośnym działaniu słońca okazuje się wierutną bzdurą!), jego ruchy są niewiarygodnie szybkie, a zmysły ostre jak brzytwa.

Edwardowi obce są bolączki egzystencji, nuda czy bezsens (w końcu posiada nieśmiertelną jak on sam rodzinę), a żywot urozmaica mu umiejętność czytania w myślach i rozgryzanie zagadkowej śmiertelniczki.
Można przypuszczać, że Stephenie Meyer (świadomie lub nie) obdarzyła swego bohatera najznakomitszymi cechami wampirzego gatunku, zupełnie pozbawiając go ciemnych stron istnienia „dziecka nocy”.
Dzięki temu zabiegowi Edward staje się czymś więcej niż tylko ideałem swego gatunku – jest również mężczyzną, którego się pożąda, nawet bardziej niż przedstawiciela rasy ludzkiej.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że wampiryzm Edwarda jest tylko dodatkiem do jego osoby, mającym decydować o atrakcyjności bohatera, jeszcze jednym elemencie budującym jego (jakże pociągający!) wizerunek.
I tak oto wampiryzm został przedstawiony banalnie, pełni funkcję błyszczącego świecidełka przyciągającego czytelnika ( a raczej czytelniczkę). Wampir nie budzi strachu ani fascynacji. Jest kolejnym elementem popkultury, obok wilkołaka Jacoba, „przeciętnej nastolatki” Belli i tkliwego romansu „którego nawet śmierć nie rozłączy”. Wampira da się lubić, a nawet kochać.
Warto zauważyć, że w cyklu Zmierzch jest podział na dobre wampiry (raczące się krwią zwierzęcą), jak i złe wampiry (preferujące raczej ludzkie płyny). Niech ten podział nikogo nie zwiedzie. Wampir jest istotą, która z założenia nie może być dobra, gdyż z jej postacią zawsze związane są krew i śmierć.
Lśniący na słońcu Edward Cullen może być bardziej niebezpieczny niż klasyczny upiór, gdyż próby uczynienia z niego dobrego wampira, podkreślają jego głęboko skrywaną prawdziwą naturę – nocnego drapieżcy spragnionego krwi.
Wampir Edward i jego romans z amerykańską nastolatką Bellą uwiódł wyobraźnię wielu ludzi. Dlaczego tak się stało?
Wizerunek wampira zaczął się wykształcać w połowie XIX – tego wieku. Niewątpliwie pierwszym literackim krwiopijcą był lord Ruthven, bohater noweli „Wampir” Johna Williama Polidoriego. Bohater dzieła był postacią mroczną, złowieszczą i skrytą pod ciemnym ubiorem. Atrybut ten, jak i czerń weszły na stałe do klasycznego wizerunku wampira. Krwiopijca, niezależnie od wersji wampirzego mitu, jest istotą złą. Pije krew, niosąc śmierć, jest wybrykiem natury („żyje” a jednocześnie jest martwy), przyprawia ludzi o lęk, a jednocześnie fascynuje.
W najsłynniejszych powieściach wampirycznych, takich jak Dracula Stokera, Carmilla Sheridana Le Fanu czy Wampir Polidoriego, krwiopijca to istota, która może żyć wiecznie, ale jednocześnie ma swoje słabości, dzięki którym można ją zniszczyć (światło słońca czy osikowy kołek to wyjątkowo skuteczne metody zwalczania wampira). Upiór może wabić ludzi dzięki swoim nieprzeciętnym mocom: hrabia Dracula potrafił zmieniać się w zwierzę, Carmilla rzucała urok ofiary, podobnie jak lord Ruthven.
Od XIX wieku do współczesności wampir zdążył ewoluować. W Kronikach Wampirów Anne Rice czy serialu Czysta Krew (2008, reż. J. Dahl) można zaobserwować postępującą idealizację upiora, jego wyglądu oraz charakteru. Ta idealizacja łączy się również z uczłowieczaniem wampira, który zaczyna przeżywać emocje, w tym winę, a co za tym idzie chęć odkupienia. Jednym zdaniem – upiór staje się człowiekiem.
Z pewnością Edward Cullen ma być tą szczytową formą wampira, albo, jak kto woli, wampirem idealnym. Bohater ma olśniewającą urodę, nienaganne maniery, i jak ognia unika krwi ludzkiej. Poza tym jest zakochany. Jego skóra lśni na słońcu jak diamenty ( mit o śmiercionośnym działaniu słońca okazuje się wierutną bzdurą!), jego ruchy są niewiarygodnie szybkie, a zmysły ostre jak brzytwa.

Edwardowi obce są bolączki egzystencji, nuda czy bezsens (w końcu posiada nieśmiertelną jak on sam rodzinę), a żywot urozmaica mu umiejętność czytania w myślach i rozgryzanie zagadkowej śmiertelniczki.
Można przypuszczać, że Stephenie Meyer (świadomie lub nie) obdarzyła swego bohatera najznakomitszymi cechami wampirzego gatunku, zupełnie pozbawiając go ciemnych stron istnienia „dziecka nocy”.
Dzięki temu zabiegowi Edward staje się czymś więcej niż tylko ideałem swego gatunku – jest również mężczyzną, którego się pożąda, nawet bardziej niż przedstawiciela rasy ludzkiej.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że wampiryzm Edwarda jest tylko dodatkiem do jego osoby, mającym decydować o atrakcyjności bohatera, jeszcze jednym elemencie budującym jego (jakże pociągający!) wizerunek.
I tak oto wampiryzm został przedstawiony banalnie, pełni funkcję błyszczącego świecidełka przyciągającego czytelnika ( a raczej czytelniczkę). Wampir nie budzi strachu ani fascynacji. Jest kolejnym elementem popkultury, obok wilkołaka Jacoba, „przeciętnej nastolatki” Belli i tkliwego romansu „którego nawet śmierć nie rozłączy”. Wampira da się lubić, a nawet kochać.
Warto zauważyć, że w cyklu Zmierzch jest podział na dobre wampiry (raczące się krwią zwierzęcą), jak i złe wampiry (preferujące raczej ludzkie płyny). Niech ten podział nikogo nie zwiedzie. Wampir jest istotą, która z założenia nie może być dobra, gdyż z jej postacią zawsze związane są krew i śmierć.
Lśniący na słońcu Edward Cullen może być bardziej niebezpieczny niż klasyczny upiór, gdyż próby uczynienia z niego dobrego wampira, podkreślają jego głęboko skrywaną prawdziwą naturę – nocnego drapieżcy spragnionego krwi.
Otarłam się o śmieć tyle razy,że już dawno wyrobiłam normę przeciętnego śmiertelnika-do czegoś takiego jednak trudno się przyzwyczaić.Nie mogłam przywyknąć do tego uczucia,ale z trugiej strony,być może zaczynałam oswajać się z tą myślą,że podobne sytuacje są w moim przypadku nieuniknione.Chyba rzeczywiście przyciągałam je jak magnes.Wymykałam się śmierci,ale ta uparcie,zawsze po mnie wracała
Tagi:
przypadek ????
Najbardziej mnie rozbawił ten filmik nie którym może sie wydawać ze jest takie sobie ale jednak jest exstra ;PPPP ;))))
a zaraz po ty ten .............
Obejrzyjcie do końca ;)
a zaraz po ty ten .............
Obejrzyjcie do końca ;)
witam.........
Wiecie bycie samej pozwala mi na to że jak siedzę w samotności,nie obchodzą mnie smartwienia innych,nie mam zabowiazan a bycie z kims nie pozwalało by nam zrealizowac tego co na prawde chcemy,zastanawialiście się nad tym,wiem że nie każdy sie z tm zgodzi ale po co się oszukiwać,nawet jak coś cię boli siedzisz w samotności bo wiesz że nikomu na tym nie zależy bo wszystkim jedynie litość i lekie zabowiązanie,utrata bliskej osoby,nie wyżalisz sie bo wolisz być samej/samemu w ciszy i samotności to lepiej wychodzi,bo czyjesz rady sa do dupy,dlatego za każdym razem zostaje sama,przyswyczajenie,chciałam i chce być sama bo to najlepsza terapia,nie moja wina że czasami ranie innych i dlatego tak sie dzieje,uwielbiam to ;)
Wiecie bycie samej pozwala mi na to że jak siedzę w samotności,nie obchodzą mnie smartwienia innych,nie mam zabowiazan a bycie z kims nie pozwalało by nam zrealizowac tego co na prawde chcemy,zastanawialiście się nad tym,wiem że nie każdy sie z tm zgodzi ale po co się oszukiwać,nawet jak coś cię boli siedzisz w samotności bo wiesz że nikomu na tym nie zależy bo wszystkim jedynie litość i lekie zabowiązanie,utrata bliskej osoby,nie wyżalisz sie bo wolisz być samej/samemu w ciszy i samotności to lepiej wychodzi,bo czyjesz rady sa do dupy,dlatego za każdym razem zostaje sama,przyswyczajenie,chciałam i chce być sama bo to najlepsza terapia,nie moja wina że czasami ranie innych i dlatego tak sie dzieje,uwielbiam to ;)
Tagi:
P
Racionalizacje
* •.¸ ¸.•*´) ¸.•*´) •.¸ (`*•.¸ ¸.•*´) ¸.•*´) `•.¸(*WITAM Ś WIĄTECZNIE!!!! (*)•.¸ (`*•.¸ ¸.•*´) (¸.•*(¸.•*´¨¨¨¨`*•.¸)*•.¸)•.¸ (`*•.¸ ¸.•*´) ¸.•*´) •.¸ (`*•.¸ ¸.•*´) ¸.•*´)•.¸ (`*•.¸ ¸.•*´) ¸.•*´)•.¸
*Życzę wam i waszym bliskim Cudownych Świąt Bożego Narodzenia, rodzinnego ciepła i dużo radości, a w Waszych pięknych duszach wiele sentymentów... Świąt dających radość i odpoczynek oraz nadzieję na Nowy 2011 rok żeby był jeszcze lepszy pełen szczęścia i miłości... Niech te Święta upłyną w atmosferze miłości•°*”˜.•°*”˜.•°* ”˜_˜”*°•.˜”*°•.˜”*°• ŻYCZĘ WAM MARZEŃ SPEŁNIENIA
Zdrowych i Wesołych
Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego Roku 2011 CIEPLUKO POZDRAWIAM BUZIACZKA
*Życzę wam i waszym bliskim Cudownych Świąt Bożego Narodzenia, rodzinnego ciepła i dużo radości, a w Waszych pięknych duszach wiele sentymentów... Świąt dających radość i odpoczynek oraz nadzieję na Nowy 2011 rok żeby był jeszcze lepszy pełen szczęścia i miłości... Niech te Święta upłyną w atmosferze miłości•°*”˜.•°*”˜.•°* ”˜_˜”*°•.˜”*°•.˜”*°• ŻYCZĘ WAM MARZEŃ SPEŁNIENIA
Zdrowych i Wesołych
Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego Roku 2011 CIEPLUKO POZDRAWIAM BUZIACZKA
Tagi:
świeta
witam was wszystkich czy te kolczyki nie sa urocze,oczywiscie dla mnie sa wam zreszta nie musza sie podobac,jezeli chodzi o podobanie lubie ogladac ten serial Dr.Haus zreszta nie tylko ten a widzac zreszta ze wczesniejszy serial tez jak Czysta Krew,moze to beznadziejna notka czy wpis ale co mi szkodzi podzielic sie mysla ;P
Tagi:
urocze
True blood/Czysta krew, sezon trzeci
Pierwszy sezon przypadł mi do gustu, drugi spodobał się jeszcze bardziej i nie mogłam doczekać się trzeciego. Zdążyłam jeszcze przeczytać dwa pierwsze tomy z serii o Sookie Stackhouse autorstwa Charlaine Harris i z namaszczeniem wyczekiwałam czerwca. Na początku planowałam poczekać do emisji finału i hurtem zobaczyć cały sezon. Jednak ciekawość zwyciężyła. Zaczęło się od sprawdzenia jak zapowiada się pierwszy odcinek i nim się obejrzałam, zaczęłam oglądać serial na bieżąco. Ale czy nie powinnam zacząć wyrażać jakiegoś zachwytu, w końcu to mocny, krwawy, bardzo dla dorosłych produkt z metką HBO. I nie potrafię się zachwycać trzecim sezonem, najsłabszym w moim rankingu.

Finał drugiego sezonu nie mógł obyć się bez kilku cliffhangerów. Zniknięcie Billa z romantycznej kolacji z Sookie zdominowało początek sezonu. Gdzieś w tle pojawiła się Tara rozpaczająca po Jajku, Hoyt i Jessica zerwali, Eric rozwija swój mniej legalny biznes z królową Luizjany. Okazuje się, że Billa porwały wilkołaki i to z rozkazu Russella Edgingtona (Denis O'Hare), króla Mississippi. I tak do serialu wkrada się polityka i jej brudy. Russell jest jednym z najstarszych wampirów i poprzez małżeństwo z królową Luizjany pragnie poszerzyć swe wpływy. Czyste wyrachowanie, małżeństwo na papierze, bo w jego sercu jest tylko Talbot (Theo Alexander). Chociaż nie brakuje mu haków na Sophie-Anne, której skarbiec świeci pustkami, zmusza Billa do wyjawienia innych sekretów królowej. W końcu na niego też ma haka, kwestią czasu było pojawienie się wilkołaków w domu Sookie. Tylko interwencja Erica zapobiegła powodzeniu misji i przy okazji otworzyła dawne rany. W retrospekcjach pojawia się rodzina Erica, jego późniejsze polowanie na wilkołaki z charakterystycznym znamieniem. Na początku nie jest w stanie zaangażować się w tę sprawę ze względu na Magistra depczącemu mu po piętach. Nie da się ukryć, że w okręgu Northama wzrosła ilość uzależnionych od soku (wampirza krew). Znając upór (i kretynizm) Sookie, przydziela jej ochronę w postaci Alcide'a (Joe Manganiello), wilkołaka. Sookie rusza do Mississippi by odnaleźć ukochanego Comptona. Tymczasem w Bon Temps zjawia się nowy wampir, Franklin Mott (James Frain), który popadnie w chorą obsesję na punkcie Tary. Zupełnie obok toczy się wątek Sama, który odnajduje swoją biologiczną rodzinę oraz Arlene, spodziewającej się dziecka, którego ojcem nie jest Terry. W tym czasie w barze Merlotte'a pojawiają się dwie nowe kelnerki - Jessica oraz Holly (Lauren Bowles). Szczęście uśmiecha się również do LaFayette, który wpada w oko pielęgniarzowi Jesusowi (Kevin Alejandro). Wątek Jasona musi dorównać jego głupocie (z tendencjami do przypływu rozumu) i tak wymyślił sobie funkcję stróża prawa i zakochuje się w tajemniczej Crystal (Lindsay Pulsipher).
Tak mniej więcej rysuje się fabuła trzeciego sezonu, która opiera się w dużej mierze na części "Klub martwych" (którego jeszcze nie czytałam). Jednak po co to piszę, skoro z wielu źródeł wynika, że rozbieżności z oryginałem są niemałe. Po finałowym odcinku, który był równie rozczarowujący co cały sezon, można odnieść wrażenie, że prawie każdy jest "kimś", a normalni ludzie są rzadkością. Nie podobało mi się, że słaby scenariusz starano się przykryć brutalnością, spektakularnością i hektolitrami krwi. W pierwszym sezonie zachwycałam się świetnymi wątkami drugoplanowymi, które były równą konkurencją dla wątku głównego w kolejnym. Jednak to co zaserwowano w trzecim po prostu rozczarowuje. Nie mogłam zaangażować się w praktycznie żaden wątek. W efekcie lekko zniechęcona nie mam nic przeciwko nawet dwuletniej przerwie między sezonami.

Nie wiem gdzie ja miałam oczy przy pierwszych 24 odcinkach, ale Anna Paquin nie jest dobrą aktorką. Brakuje jej wdzięku, płynności, koordynacji gestów i mimiki. Bywały takie momenty, że cofałam by zobaczyć jak fatalnie odstawiła daną scenę, nie dowierzałam. Wygląda na to, że Robert Pattinson i Izabela Trojanowska mają groźną konkurencję w "the worst acting". Złośliwa jestem, ale jeżeli gra jest dla mnie rażąca to już coś znaczy. Pomijając aspekt warsztatu, sama Sookie grała mi na nerwy. Doszłam nawet do wniosku, że z Billem są siebie warci. bo moja alergia na Comptona osiągnęła pozio krytyczny. Przynajmniej na Erica można liczyć, chociaż ludzkie emocje za bardzo rozkruszają jego bezkompromisowy image. Jednak na tle głównej pary to jest ledwie zauważalny pryszcz. Z nowych postaci brylują Russell, Alcide, Talbot i Franklin. Chociaż ostatniego z nich ciężko darzyć ciepłą sympatią, co najwyżej jako wyrazisty pionek w scenariuszu. Franklin to rasowy psychol bez hamulców, jednak przez wzgląd na krzywdę jaką wyrządził Tarze - nie życzyłam mu długiego stażu. Alcide to chodzący "braveheart", trochę pierdołowaty w sprawie Debbie (Brit Morgan), ale na tle innych nadprzyrodzonych stworzeń - dla mnie perełka i światełko w ciemności. Poza imponującym wzrostem (196 cm, A. Skarsgaard ma "tylko" 193 cm ) i spojrzeniem ciemnych oczu - sprawia wrażenie faceta na którym można polegać. Bill ma tajemnice przed Sookie, wie też o tym Eric i w końcu wyjaśni się kim jest panna Stackhouse i dlaczego jej krew jest tak cenna dla wampirów.
Wątek Sama jest smutny i irytujący zarazem. Odnajduje biologicznych rodziców i młodszego brata Tommy'ego (Marshall Allman). Wydawało się, że rodzina Bundych jest rasowym przykładem antymodelu amerykańskiej rodziny. Tutaj została zaprezentowana niezła patologia. Odnalezienie miało przynieść ukojenie, ale sprowadziło kłopoty, frustracje i wspomnienia dawnego życia. W końcowej fazie idzie alkohol. Autentycznie szkoda mi Sama, tak jak Tary. Chociaż większość jej nie znosi, wytyka trzęsącą się szczękę - pozostaje jedną z moich ulubionych bohaterek. W przeciwieństwie do Sookie potrafi wyciągnąć wnioski z własnych błędów i krzywd. Mam nadzieję, że nie zniknie z serialu - sceny z jej udziałem w finałowym odcinku najbardziej mnie zaniepokoiły.
LaFayette wpadnie w sidła amora za sprawą pielęgniarza Jesusa (fajne imię dla geja, że też nikt nie pozwał o naruszenie uczuć religijnych). Ich znajomość nie będzie należała do standardowych. Jesus rwie na żywca, ale nie wie, że ukochany dilluje. Z czasem jest świadkiem mocy uzdrawiającej jaka drzemie w soku i zmienia podejście do sprawy. Fajnie było oglądać LaFayette'a w roli płochej dziewicy, którą awanse boskiego Jesusa nieco zawstydzają. No dobra, wiem, że ma dylemat i bije się w myślach z "chciałbym ale się boję".
Jason, och Jason. Głupota i ignorancja dalej przez niego przemawiają. Cały jego wątek jest męczący, a z dodatkiem w postaci Crystal - mdły i osłabiający. Jednak moment szczerej rozmowy z Tarą zaliczam do jednej z najlepszych w sezonie. Podobnie ma się sprawa z Jessicą i Hoytem, mam nadzieję, że w ostateczności nie zostaną parą. Uwielbiam Jessicę za wszystko. To nie jest już rozkapryszona świeża wampirzyca, ale dziewczyna, która pogodziła się sama ze sobą i poznała ból złamanego serca. Nie wyobrażam sobie serialu bez rudej Hamby.
Interesująco rysuje się również wątek Arlene i jej ciąży, której najchętniej by się pozbyła. Holly ofiarowuje jej pomoc w dokonaniu czynu, za który moherowe berety z miejsca by ukamieniowały. Czułam, że wątek wikanki rozwinie się w kolejnym sezonie - zapowiadają przecież erę czarownic.
Spotkałam się z krytyką wilkołaków, które wyglądają jak wilki i zachowują się jak ostatni idioci. Warto wspomnieć, że w otoczeniu Russella mamy do czynienia z idiotami uzależnionymi od soku - a tu rozum doznaje kalectwa. Mnie to nie przeszkadzało. Nawet gdyby zamiast wilków podstawiono bernardyny - nie miałoby to wielkiego znaczenia. HBO postanowiło przypomnieć kto tu serwuje najwięcej seksu, krwi i zabijania. Bezsens pokazania gołego tyłka Erica jeszcze jakoś przełknęłam, ale trzeci odcinek zaserwował mi bolesny facepalm. Ostatnia scena trzeciego odcinka, gdzie Bill wyżywa się na Lorenie, osłabiła mnie doszczętnie. Nawet ta bolesna dla inteligencji scena zostałaby olana, gdyby nie miała na celu maskowania słabości całego sezonu. A tak nie mogę znaleźć w sobie wystarczających pokładów entuzjazmu by rajcować się myślami o czwartym sezonie.

Pierwszy sezon przypadł mi do gustu, drugi spodobał się jeszcze bardziej i nie mogłam doczekać się trzeciego. Zdążyłam jeszcze przeczytać dwa pierwsze tomy z serii o Sookie Stackhouse autorstwa Charlaine Harris i z namaszczeniem wyczekiwałam czerwca. Na początku planowałam poczekać do emisji finału i hurtem zobaczyć cały sezon. Jednak ciekawość zwyciężyła. Zaczęło się od sprawdzenia jak zapowiada się pierwszy odcinek i nim się obejrzałam, zaczęłam oglądać serial na bieżąco. Ale czy nie powinnam zacząć wyrażać jakiegoś zachwytu, w końcu to mocny, krwawy, bardzo dla dorosłych produkt z metką HBO. I nie potrafię się zachwycać trzecim sezonem, najsłabszym w moim rankingu.
Finał drugiego sezonu nie mógł obyć się bez kilku cliffhangerów. Zniknięcie Billa z romantycznej kolacji z Sookie zdominowało początek sezonu. Gdzieś w tle pojawiła się Tara rozpaczająca po Jajku, Hoyt i Jessica zerwali, Eric rozwija swój mniej legalny biznes z królową Luizjany. Okazuje się, że Billa porwały wilkołaki i to z rozkazu Russella Edgingtona (Denis O'Hare), króla Mississippi. I tak do serialu wkrada się polityka i jej brudy. Russell jest jednym z najstarszych wampirów i poprzez małżeństwo z królową Luizjany pragnie poszerzyć swe wpływy. Czyste wyrachowanie, małżeństwo na papierze, bo w jego sercu jest tylko Talbot (Theo Alexander). Chociaż nie brakuje mu haków na Sophie-Anne, której skarbiec świeci pustkami, zmusza Billa do wyjawienia innych sekretów królowej. W końcu na niego też ma haka, kwestią czasu było pojawienie się wilkołaków w domu Sookie. Tylko interwencja Erica zapobiegła powodzeniu misji i przy okazji otworzyła dawne rany. W retrospekcjach pojawia się rodzina Erica, jego późniejsze polowanie na wilkołaki z charakterystycznym znamieniem. Na początku nie jest w stanie zaangażować się w tę sprawę ze względu na Magistra depczącemu mu po piętach. Nie da się ukryć, że w okręgu Northama wzrosła ilość uzależnionych od soku (wampirza krew). Znając upór (i kretynizm) Sookie, przydziela jej ochronę w postaci Alcide'a (Joe Manganiello), wilkołaka. Sookie rusza do Mississippi by odnaleźć ukochanego Comptona. Tymczasem w Bon Temps zjawia się nowy wampir, Franklin Mott (James Frain), który popadnie w chorą obsesję na punkcie Tary. Zupełnie obok toczy się wątek Sama, który odnajduje swoją biologiczną rodzinę oraz Arlene, spodziewającej się dziecka, którego ojcem nie jest Terry. W tym czasie w barze Merlotte'a pojawiają się dwie nowe kelnerki - Jessica oraz Holly (Lauren Bowles). Szczęście uśmiecha się również do LaFayette, który wpada w oko pielęgniarzowi Jesusowi (Kevin Alejandro). Wątek Jasona musi dorównać jego głupocie (z tendencjami do przypływu rozumu) i tak wymyślił sobie funkcję stróża prawa i zakochuje się w tajemniczej Crystal (Lindsay Pulsipher).
Tak mniej więcej rysuje się fabuła trzeciego sezonu, która opiera się w dużej mierze na części "Klub martwych" (którego jeszcze nie czytałam). Jednak po co to piszę, skoro z wielu źródeł wynika, że rozbieżności z oryginałem są niemałe. Po finałowym odcinku, który był równie rozczarowujący co cały sezon, można odnieść wrażenie, że prawie każdy jest "kimś", a normalni ludzie są rzadkością. Nie podobało mi się, że słaby scenariusz starano się przykryć brutalnością, spektakularnością i hektolitrami krwi. W pierwszym sezonie zachwycałam się świetnymi wątkami drugoplanowymi, które były równą konkurencją dla wątku głównego w kolejnym. Jednak to co zaserwowano w trzecim po prostu rozczarowuje. Nie mogłam zaangażować się w praktycznie żaden wątek. W efekcie lekko zniechęcona nie mam nic przeciwko nawet dwuletniej przerwie między sezonami.
Nie wiem gdzie ja miałam oczy przy pierwszych 24 odcinkach, ale Anna Paquin nie jest dobrą aktorką. Brakuje jej wdzięku, płynności, koordynacji gestów i mimiki. Bywały takie momenty, że cofałam by zobaczyć jak fatalnie odstawiła daną scenę, nie dowierzałam. Wygląda na to, że Robert Pattinson i Izabela Trojanowska mają groźną konkurencję w "the worst acting". Złośliwa jestem, ale jeżeli gra jest dla mnie rażąca to już coś znaczy. Pomijając aspekt warsztatu, sama Sookie grała mi na nerwy. Doszłam nawet do wniosku, że z Billem są siebie warci. bo moja alergia na Comptona osiągnęła pozio krytyczny. Przynajmniej na Erica można liczyć, chociaż ludzkie emocje za bardzo rozkruszają jego bezkompromisowy image. Jednak na tle głównej pary to jest ledwie zauważalny pryszcz. Z nowych postaci brylują Russell, Alcide, Talbot i Franklin. Chociaż ostatniego z nich ciężko darzyć ciepłą sympatią, co najwyżej jako wyrazisty pionek w scenariuszu. Franklin to rasowy psychol bez hamulców, jednak przez wzgląd na krzywdę jaką wyrządził Tarze - nie życzyłam mu długiego stażu. Alcide to chodzący "braveheart", trochę pierdołowaty w sprawie Debbie (Brit Morgan), ale na tle innych nadprzyrodzonych stworzeń - dla mnie perełka i światełko w ciemności. Poza imponującym wzrostem (196 cm, A. Skarsgaard ma "tylko" 193 cm ) i spojrzeniem ciemnych oczu - sprawia wrażenie faceta na którym można polegać. Bill ma tajemnice przed Sookie, wie też o tym Eric i w końcu wyjaśni się kim jest panna Stackhouse i dlaczego jej krew jest tak cenna dla wampirów.
Wątek Sama jest smutny i irytujący zarazem. Odnajduje biologicznych rodziców i młodszego brata Tommy'ego (Marshall Allman). Wydawało się, że rodzina Bundych jest rasowym przykładem antymodelu amerykańskiej rodziny. Tutaj została zaprezentowana niezła patologia. Odnalezienie miało przynieść ukojenie, ale sprowadziło kłopoty, frustracje i wspomnienia dawnego życia. W końcowej fazie idzie alkohol. Autentycznie szkoda mi Sama, tak jak Tary. Chociaż większość jej nie znosi, wytyka trzęsącą się szczękę - pozostaje jedną z moich ulubionych bohaterek. W przeciwieństwie do Sookie potrafi wyciągnąć wnioski z własnych błędów i krzywd. Mam nadzieję, że nie zniknie z serialu - sceny z jej udziałem w finałowym odcinku najbardziej mnie zaniepokoiły.
LaFayette wpadnie w sidła amora za sprawą pielęgniarza Jesusa (fajne imię dla geja, że też nikt nie pozwał o naruszenie uczuć religijnych). Ich znajomość nie będzie należała do standardowych. Jesus rwie na żywca, ale nie wie, że ukochany dilluje. Z czasem jest świadkiem mocy uzdrawiającej jaka drzemie w soku i zmienia podejście do sprawy. Fajnie było oglądać LaFayette'a w roli płochej dziewicy, którą awanse boskiego Jesusa nieco zawstydzają. No dobra, wiem, że ma dylemat i bije się w myślach z "chciałbym ale się boję".
Jason, och Jason. Głupota i ignorancja dalej przez niego przemawiają. Cały jego wątek jest męczący, a z dodatkiem w postaci Crystal - mdły i osłabiający. Jednak moment szczerej rozmowy z Tarą zaliczam do jednej z najlepszych w sezonie. Podobnie ma się sprawa z Jessicą i Hoytem, mam nadzieję, że w ostateczności nie zostaną parą. Uwielbiam Jessicę za wszystko. To nie jest już rozkapryszona świeża wampirzyca, ale dziewczyna, która pogodziła się sama ze sobą i poznała ból złamanego serca. Nie wyobrażam sobie serialu bez rudej Hamby.
Interesująco rysuje się również wątek Arlene i jej ciąży, której najchętniej by się pozbyła. Holly ofiarowuje jej pomoc w dokonaniu czynu, za który moherowe berety z miejsca by ukamieniowały. Czułam, że wątek wikanki rozwinie się w kolejnym sezonie - zapowiadają przecież erę czarownic.
Spotkałam się z krytyką wilkołaków, które wyglądają jak wilki i zachowują się jak ostatni idioci. Warto wspomnieć, że w otoczeniu Russella mamy do czynienia z idiotami uzależnionymi od soku - a tu rozum doznaje kalectwa. Mnie to nie przeszkadzało. Nawet gdyby zamiast wilków podstawiono bernardyny - nie miałoby to wielkiego znaczenia. HBO postanowiło przypomnieć kto tu serwuje najwięcej seksu, krwi i zabijania. Bezsens pokazania gołego tyłka Erica jeszcze jakoś przełknęłam, ale trzeci odcinek zaserwował mi bolesny facepalm. Ostatnia scena trzeciego odcinka, gdzie Bill wyżywa się na Lorenie, osłabiła mnie doszczętnie. Nawet ta bolesna dla inteligencji scena zostałaby olana, gdyby nie miała na celu maskowania słabości całego sezonu. A tak nie mogę znaleźć w sobie wystarczających pokładów entuzjazmu by rajcować się myślami o czwartym sezonie.

Tagi:
True blood/Czysta krew
zawsze mnie to wascynowało i moda wampirów chodz nie koniecznie ich nasladuje,ogladam zwiazane z nimi filmy po prostu w jakiś sposób one mnie fascynuja i maja to do siebie ze przyciagaja,wiem ze to jest ludzkie wyobrazenie,histora,legendy ale jednak cos jest w tym,jakas czastka ludzi krytykuje te filmy o wampirach przeciesz nie musza ich ogladac ani sluchac itp.,po co wogole z góry krytkowac,tak samo tez ja jako czlowiek mam take rzeczy co mi sie nie podobaja ale nie musze tego rozgłaszac i ogolnie........


Tagi:
Wampiry



























